Przyjaciel mojej żony to mój wróg

Fot. Pixabay / [url=http://pixabay.com/en/hands-love-couple-together-fingers-437968/]Takmeomeo[/url] / [url=http://pixabay.com/en/service/terms/#download_terms]CC0 Public Domain[/url]
Fot. Pixabay / Takmeomeo / CC0 Public Domain
Przyjaciele naszych żon są naszymi wrogami. Można ze świecą szukać (a i tak się nie znajdzie) mężczyzny, który lubi i akceptuje to, że jego żona “ma przyjaciela” – spotyka się z nim, zwierza i prawie żyć bez niego nie może. Dobrze wiemy, że prędzej, czy później on zakocha się w niej, albo – co gorsza – ona w nim.

Nie, żebyśmy mieli coś przeciwko znajomym naszych żon. Znajomy, to miły i sympatyczny facet, z którym od czasu do czasu rozmawia kobieta. Często Jej znajomi, to także nasi znajomi. Lubimy ich.

Ale przyjaciel, taki przez duże P? Wrrr…

Przede wszystkim – jesteśmy zazdrośni jak jasna cholera. Niby nie ma powodu, bo przecież skoro to moja żona, to mnie wybrała, pokochała i chce ze mną żyć/być. Ale świadomość, że w życiu “mojej kobiety” jest jeszcze jakiś inny Bardzo Ważny Facet żadnego mężczyzny nie uszczęśliwia. My, mężowie darzymy BWF czystym i naturalnym brakiem sympatii.
Po drugie – boimy się jak jasna cholera. Coś takiego siedzi w człowieku, że pesymistyczne scenariusze wydają się bardziej prawdopodobne niż te optymistyczne. Mimo więc, że każdy (większość?) mężów bezgranicznie ufa swojej żonie, to wizja, że zakochuje się w przyjacielu wydaje się równie możliwa co wstrętna. Myśl, że “zostawi mnie i ucieknie z nim” kołacze się nachalnie w głowie zdecydowanie częściej, niż powinna. A w ogóle, to gdzie się kończy przyjaźń, a gdzie zaczyna romans, choćby taki plataniczny i intelektualny? W trochę lepszym wariancie to ów przyjaciel zakochuje się w naszej żonie. To trochę nawet łechcze nasze ego, ale i tak wprowadza mnóstwo niepotrzebnych komplikacji i pokus.

Po trzecie – jesteśmy ciekawi jak jasna cholera. O czym oni gadają tak ciągle ze sobą? Co ona mu opowiada? I dlaczego nie mówi tego nam. Pytam więc, a w odpowiedzi słyszę: “Taaakie tam, wiesz...nic ważnego”. Nic ważnego? To po co znów siedzieli w kawiarni albo w parku trzy godziny, albo przez godzinę rozmawiała z nim przez telefon na tarasie? I z czego się tak śmiała??
Po czwarte – mamy kompleksy jak jasna cholera. Porównujemy się z tym gościem. Wydaje nam się – z całym szacunkiem dla tych panów – skrzyżowaniem George’a Clooneya (wygląd), Jana Kulczyka (pieniądze) i Aleksandra Wolszczana (intelekt). I nie ma znaczenia jak naprawdę wygląda, ile zarabia i czy jest głupi (pewnie tak), czy mądry (wykluczone). Dla mężczyzny, przyjaciel jego żony to denerwujący punkt odniesienia.

Po piąte – denerwuje nas ten facet jak jasna cholera. Czy on wie o mnie wszystko? Wie, ile zarabiam, wie, że nie udało mi się złowić szczupaka na Mazurach, wie, że przeszedłem ostatnie dwa kilometry maratonu. I tak dalej... Facet, to moja żona, moje sprawy - znajdź sobie swoją.


Po szóste – zazdrościmy jak jasna cholera tym wszystkim kolegom, którzy opowiadają, że ich żony bez przerwy chodzą “na plotki” z przyjaciółkami. Tacy to mają dobrze...

PS. Zamiast pisać, mógłbym opowiedzieć o tym wszystkim swojej przyjaciółce, ale akurat wyjechała z tym miernotą swoim mężem.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...